środa, 20 maja 2015

Machiny urzędniczej ciąg dalszy

Moje "przygody" z Urzędem Miejskim zapowiadają się na powieść w odcinkach <śmiech przez łzy> Skontaktowałam się po długim majowym weekendzie z panią O. z Wydziału Skarbu- jedną z nielicznych kompetentnych i życzliwych urzędników! i dowiedziałam się, że pomimo ogromnych obaw okazało się, że panie z BOMu określiły sporne pomieszczenie jednak jako loggię. Nie ma jednak ciągle odpowiedzi z Wydziału Gospodarki Komunalnej. Zadzwoniłam więc do pana H., który w kwietniu robił oględziny, ale poprosił on o kilka dni zwłoki i ostatecznie oddzwonił do mnie w poniedziałek. Ku swemu przerażeniu usłyszałam, że pan H. zna stanowisko BOMu, ale jednak będzie upierał się przy werandzie. Odparłam, że absolutnie się na to nie zgodzę, bo nie jest to zgodne z prawdą. Zapowiedziałam, że udam się na rozmowę do dyrektora Wydziału Gospodarki Komunalnej. Wcześniej jednak za radą pani O. zadzwoniłam do kierowniczki jednej z komórek WGK pani L. z pytaniem, co mam dalej robić i kiedy wyślą odpowiedź do WS. Gdy podałam nazwisko i adres, usłyszałam, że sprawa jest jej znana i że to ja nie wpuściłam inspektorki w celu dokonania oględzin. Ręce mi opadły. Pokrótce wyjaśniłam jak było, zapowiedziałam, że wybieram się do dyrektora Wydziału Gospodarki Komunalnej i otrzymałam zapewnienie, że odpowiedź do WS zostanie przesłana do jutra, czyli do wtorku. Nie muszę chyba mówić, że odpowiedzi do dzisiaj, czyli środy rano oczywiście nie było. Udałam się dziś zatem przed godziną 10 do gabinetu dyrektora. Dyrektor S. przyjmuje petentów tylko jeden raz w tygodniu między 10 a 12. Dziś jednak zaczął przyjmować z bardzo dużym opóźnieniem, pierwsza osoba weszła chwilę po 10:30. Ja byłam siódma i weszłam jakoś około 11:15. Zostałam zapytana o adres i nazwisko, a ponieważ nazwisko mam trudne pan S. zaczął dopytywać jak się je pisze, jak czyta i co ono oznacza. Po tym dość luźnym wstępie i pytaniu z czym przychodzę, kiedy zaczęłam opowiadać bardzo pokrótce o co chodzi, nagle zadzwoniła dyrektorska komórka, którą pan S. bezceremonialnie odebrał (wydaje mi się, że jak wie, że ma godziny przyjęć to telefon powinien wyłączyć?) i przez dobre 10 minut rozprawiał, najpierw na tematy służbowe lecz po chwili na zupełnie prywatne, wypytując m.in. o doktorat interlokutora. Słuchałam tego z zażenowaniem. Kiedy po zakończeniu tej rozmowy mogłam wrócić do streszczania mojego problemu, przerwano mi słowami "no ale w czym jest problem?". Odparłam więc spokojnie, że jak pan nie będzie przerywał to ja zaraz powiem, lecz jedno moje zdanie dalej znów usłyszałam ponaglające "ale w czym pani widzi problem?", odpowiedziałam więc  już lekko poirytowana pytaniem, czy mogę dokończyć zdanie, i dokończyłam, że teraz procedura wykupu się przedłuża, bo zmusza się mnie do podpisania aneksu i martwię się, że jakiemuś urzędnikowi jeszcze przyjdzie do głowy, żeby naliczyć mi czynsz za 30 lat wstecz, kiedy to "weranda" nie była uwzględniona w powierzchni użytkowej. Na co pan dyrektor odparł, dobijając mnie całkowicie, że można naliczyć do trzech lat wstecz. Zdębiałam. Stwierdziłam, że to jest niepojęte, że błąd nie leży absolutnie po mojej stronie. A wtedy usłyszałam: "to ile tam pani płaci tego czynszu, 6 złotych?" Odparłam, że normalnie, 10,20, taka jest stawka. Na co on: "nie załapała się pani na zniżkę?" więc odpowiedziałam, że pracuję również w urzędzie państwowym, zarabiam 1500 złotych na rękę i nie, nie załapałam się na zniżkę. Pan S. zapytał jaka jest powierzchnia "werandy" i szybko wyliczył, że to by było około 1800 zł. Na moje oburzone stwierdzenie, że to jest więcej niż moja miesięczna pensja usłyszałam, że przecież "dostaję" bonifikatę przy wykupie! Kiedy wróciłam do sedna, czyli sporu o werandę/loggię usłyszałam, że tu nie chodzi o nazewnictwo. Dyrektor wykonał przy mnie telefon, domyśliłam się, że do kierowniczki L., polecił jej umówić się na spotkanie z Wydziałem Skarbu, po czym zwrócił się do mnie, że sprawa zostanie omówiona między wydziałami, bo trzeba zachować "spójne procedury", a skoro w moim budynku sprzedano lokale z werandami, to w przypadku mojego mieszkania musi być tak samo. Domyśliłam się, że to koniec spotkania. Wyszłam zdruzgotana. Cały sposób prowadzenia tej rozmowy, ponaglanie, przerywanie, uważam za bardzo arogancki, żeby nie powiedzieć wręcz chamski. Nie jestem w stanie pisząc te słowa, oddać tej atmosfery, ale cały czas czułam się jak natręt, który przeszkadza jaśnie panu urzędnikowi w pracy. Nie mogę zrozumieć, dlaczego, skoro nie chodzi o nazewnictwo, Wydział Gospodarki Komunalnej upiera się jednak przy tej werandzie. Niech wpiszą do protokołu "loggia", niech policzą mi jej metraż, zapłacę za nią przy wykupie, ale dlaczego zmusza się mnie do występowania z wnioskiem do urzędu o sporządzenie aneksu i tym bardziej-dlaczego zupełnie realna wydaje mi się wizja obciążenia mnie czynszem na wyimaginowaną werandę za trzy lata wstecz??? Utkwiłam w filmie Barei. Walę głową w mur. Dalszy ciąg zapewne nastąpi...

P.S. Po powrocie do pracy stwierdziłyśmy z koleżankami, że w polskim prawie nie istnieje pojęcie precedensu i powoływanie się na inne podobne sprawy nie powinno mieć miejsca,  co mnie obchodzi, że sąsiad sprzedał z werandą? Pewnie też padł ofiarą urzędniczej manipulacji... Czy każdy przypadek nie  powinien być rozpatrywany indywidualnie?

środa, 22 kwietnia 2015

Walka z wiatrakami, czyli machina urzędnicza

Mój blog, założony dla potrzeb pisania o robótkach, umarł śmiercią naturalną, od kiedy twórczość grafomańską na temat twórczości rękodzielniczej przeniosłam na facebook. W tej chwili jednak jestem tak wzburzona, a jednocześnie tak przybita i zrezygnowana, że postanowiłam opisać moje perypetie z wchechwiedzą, wszechwładzą i biurokracją urzędniczą. A opiszę je tutaj, żeby za kilka dni nie zginęły w czeluści fejsbukowej. Tak więc wskrzeszam (myślę, że jednorazowo) mój blog. Oto moja historia :)
Trzy lata temu złożyłam wniosek o wykup mieszkania komunalnego, w którym mieszkam ze swoją rodziną i z bratem. Mieszkanie jest wspólne, dzielimy korytarz z sąsiadami, dlatego nie można było wykupić tylko naszej części, ale trzeba było złożyć wniosek o wykupienie całości, czyli mieszkania i mojego i Sąsiadki jednocześnie. Okazało się, że Sąsiadka dokonywała w swoim mieszkaniu jakichś drobnych przeróbek, na które nie było dokumentacji. Nakazano jej więc zwrócić się do odpowiedniego działu i brakujące papiery złożyć w Biurze Obsługi Mieszkańców. Tu pierwszy zgrzyt-dlaczego w cywilizowanym kraju odsyła się starszą osobę, żeby kursowała pomiędzy wydziałami rozmieszczonymi w różnych dzielnicach, zamiast napisać email z jednego do drugiego wydziału tego samego urzędu, z poleceniem, żeby brakujące dokumenty po prostu przesłać? Trwało to jakiś czas i w momencie, kiedy Sąsiadka skompletowała papiery okazało się, że dorosłe dzieci sąsiadki, które od dawna z nią nie mieszkają, są również najemcami lokalu komunalnego, dlatego muszą złożyć swoje podpisy pod wnioskiem o wykup mieszkania. Chyba, że sąsiadka złoży wniosek o wymeldowanie dzieci w trybie administracyjnym. Tu drugi zgrzyt-dlaczego to wyszło dopiero teraz, a nie w chwili złożenia przez nas wniosku? No nic, procedura wymeldowania wszczęta, czekamy. W końcu wymeldowanie uprawomocniło się, kompletna dokumentacja wraz z naszym wnioskiem została przekazana do Wydziału Skarbu Urzędu Miejskiego. Pod koniec roku zostaliśmy zawiadomieni o terminie oględzin, celem sporządzenia zaświadczenia o samodzielności lokalu. Przyszła pani inspektor, pomierzyła, popatrzyła, poszła. Wydane przez siebie zaświadczenie o samodzielności lokalu (czyli de facto dwóch mieszkań razem) przekazała do odpowiedniej komórki. Niebawem, czyli pod koniec stycznia zostaliśmy poinformowani, że w lutym przyjdzie rzeczoznawca majątkowy wycenić lokal. Według nas była to już w zasadzie ostatnia prosta, ostatnia formalność, która pozostała do sfinalizowania wykupu mieszkania, po trzech latach oczekiwania. Jak bardzo się myliliśmy...Przyszła pani rzeczoznawca, popatrzyła, pomierzyła i mówi, że tu jest jeszcze weranda, która nie jest uwzględniona w umowie! My zdziwieni, mówimy, no nie jest, bo to nie jest weranda tylko loggia, a logii się nie wlicza do powierzchni użytkowej lokalu, nie jest więc ujęta w umowie najmu. Pani mówi: nie, nie, to jest weranda! I poszła. Po dwóch tygodniach dostaliśmy pismo z Wydziału Skarbu, że rzeczoznawca stwierdziła, że umowa nie jest zgodna ze stanem faktycznym i wzywa nas! do podpisania aneksu do umowy, tak by odzwierciedlała ona rzeczywisty przedmiot najmu. Po pierwsze, gdybyśmy żyli w normalnym, a nie pełnym biurokratycznych absurdów kraju, to w sytuacji, gdy urzędnik dopatrzy się błędu, powinien sporządzić aneks do umowy i przesłać mi go do podpisu, ewentualnie wezwać mnie do urzędu celem podpisania gotowego aneksu, a nie kazać mi składać wniosek o sporządzenie takiego aneksu! Po drugie-my nie mamy werandy, tylko loggię. Tak było 30 lat temu i tak jest dziś. Wysłaliśmy zatem w odpowiedzi pismo z definicjami loggi i werandy, podaliśmy podstawę prawną (dwie ustawy) nie wliczania loggi do powierzchni użytkowej i stwierdziliśmy, że żądanie jest bezpodstawne. Nie otrzymaliśmy odpowiedzi, natomiast skontaktował się z nami tym razem pan rzeczoznawca, który umówił się na ponowne oględziny w celu ustalenia, czy lokal jest samodzielny, tym razem już z uwzględnieniem „werandy”. W międzyczasie otrzymaliśmy do wiadomości pismo przesłane z Wydziału Skarbu do BOM, z prośbą o ustosunkowanie się, czy sporne pomieszczenie jest loggią, czy werandą. Pan rzeczoznawca nawiedził nas w zeszłą środę, 15 kwietnia. Przed spotkaniem przygotowaliśmy wszelkie możliwe definicje ze słowników, leksykonów, podręczników architektury, wraz z dokumentacją zdjęciową. Pan kiwał w skupieniu głową, przytakując, że pokazujemy bardzo dobre przykłady werand, po czym dał nam do podpisu protokół oględzin, z wpisaną werandą! Stwierdziliśmy, że to jest niezgodne ze stanem faktycznym i nie podpiszemy. Pan znów przytakiwał, stwierdzając, że jak nie podpiszemy, to nie wykupimy mieszkania, że jak się nie zgadzamy z jego stwierdzeniem, to nie ma tu żadnej drogi odwoławczej natomiast możemy iść do sądu. Pan sobie jak widać, doskonale zdawał sprawę, że nie mamy wyjścia, bo wiadomo, że w sądzie sprawa potrwa ze trzy lata a nam zależy na czasie. My poczuliśmy się jakbyśmy mieli nóż na gardle, jakby to był najzwyklejszy szantaż...Na nasze pytanie, dlaczego pan się upiera, że to jest weranda pan odpowiedział, że wystaje poza obrys budynku. Zupełnie zignorował pierwszą i chyba ważniejszą część wszelkich definicji, że to nie jest przybudówka! Ręce nam opadły. Biliśmy się z myślami, nie wiedząc co zrobić. Zakwalifikowanie loggi jako werandy pociąga za sobą dość wymierne skutki-nie tylko wzrośnie nam kwota czynszu, ale również przez konieczność sporządzenia aneksu do umowy najmu cała procedura wykupu znów odwlecze się w czasie, a to oznacza kolejne koszty, spowodowane odprowadzaniem przez dalszych kilka miesięcy całego, dość wysokiego czynszu, a nie tylko połowy, jak będzie po wykupieniu. Sugerowaliśmy, że zaczekamy na decyzję z BOMu, pan jednak stwierdził, że na nich by nie liczył, bo wielokrotnie miał do czynienia z BOMami i nie ma o nich dobrego zdania. Ostatecznie umówiliśmy się, że zastanowimy się co zrobić i ewentualnie ponownie spotkamy się z panem, aby jednak wbrew sobie podpisać ten nieszczęsny protokół oględzin, bo jednak chcemy jak najszybciej sfinalizować wykup. Minął weekend. W poniedziałek skontaktowała się z nami pani administratorka naszej ulicy z BOMu, z informacją, że przyjdzie z panią inspektor dokonać oględzin spornego pomieszczenia. Panie przyszły dziś. Już pomijam fakt, że nawet nie raczyły się przedstawić. Stwierdziły, że przyszły obejrzeć werandę. Na nasze chóralne: to nie jest weranda! pani administrator przytoczyła przykład innej ulicy w mojej dzielnicy, gdzie balkony też są cofnięte w głąb pokoju, a jest pobierana opłata za werandę, bo się ostatnio zmieniły przepisy. Na naszą prośbę o podanie konkretnie jakie przepisy i kiedy się zmieniły, pani odparła, że nie jest w stanie powiedzieć nam podstawy prawnej z pamięci.(wiedziała, czego spór dotyczy, więc mogła się przygotować, prawda?) Na moje pytanie, dlaczego pani twierdzi, że to jest weranda, pani odpowiedziała, że dlatego, że ma okno. Na naszą sugestię, że urzędnicy chcą za wszelką cenę uznać loggię za werandę, ponieważ w dwóch obowiązujących ustawach, dotyczących wynajmu mieszkań nie pada w ogóle słowo weranda, natomiast pada stwierdzenie, że do powierzchni użytkowej nie wlicza się loggi, balkonów, tarasów i schowków, zatem nagminnie naginają rzeczywistość, aby za „werandy” pobierać dodatkowy czynsz, pani administrator wzruszyła ramionami i skwitowała, że to nie od niej zależy, że mają takie wytyczne. Tradycyjnie nie potrafiła wskazać z nazwy żadnego konkretnego podmiotu, który coś nakazuje biednym urzędnikom. Pani inspektor w tym czasie mierzyła, robiła zdjęcia i zapisywała coś w kajeciku. Powiedziała, że ona nie przyszła tu wydać decyzji, tylko dokonać oględzin a sprawie tej zostanie nadany dalszy bieg. Na moje pytanie jak długo to jeszcze potrwa i gdzie teraz zostaną przekazane jej wnioski-odpowiedziała, że nie wie, a prześle sprawę prawdopodobnie do Wydziału Architektury. I tyle. Kolejny raz wszystko się przeciąga. Wydaje się nam, że „wszyscy święci” orzekną, że to jednak jest weranda. Czuję się, jakbym utkwiła w filmie Barei. Nie mogę absolutnie liczyć na jakikolwiek przejaw zdrowego rozsądku u urzędnika, za to jestem pewna, że zrobi specjalnie na złość, byle tylko nie uznać racji szarego zwykłego człowieka. Byle pokazać, że jego urzędnicza decyzja, choćby najbardziej bzdurna i absurdalna, jest ostateczna i nieodwołalna. Bo może...
Przeraża mnie jeszcze jedna myśl, a mianowicie, że w Państwie prawa (teoretycznie) możliwa jest sytuacja, że nalicza się ludziom niesłuszne opłaty, żerując na ich niewiedzy. Gdyby tak postąpił powiedzmy bank, to zaraz odpowiednia instytucja ukarałaby go ogromną grzywną. Ale gdy tak postępuje urząd, który ma chronić, wspierać, służyć obywatelom - to jest to nie tylko ogromnie nieetyczne ale kwalifikuje się do kryminału. Tylko jaki urząd skontroluje urząd? I kogo ewentualnie ukarać?
Poniżej kilka definicji loggi, werandy i powierzchni użytkowej oraz zdjęcia ilustrujące przedmiot tego irracjonalnego sporu.  

Słownik języka polskiego PWN (pod red. M. Szymczaka, Warszawa 2002, s. 46) loggia jest to wgłębiony balkon, wnęka balkonowa otwarta na zewnątrz budynku.

Leksykon naukowo techniczny Wydawnictwa Naukowo - Techniczne, Warszawa 1972, 1984 ISBN 83-204-0324-3

  • loggia jest to (1) rodzaj krytego balkonu, wnęka w elewacji budynku, utworzona przez cofnięcie ściany zewnętrznej lub jej części w głąb budynku, otwarta na zewnątrz, przystosowana do przebywania ludzi, dostępna z jednego lub kilku pomieszczeń



  • weranda to przybudówka dostępna z wewnątrz i ew. z zewnątrz budynku, kryta dachem, bez ścian lub ze ścianami przeszklonymi, wykonanymi zazwyczaj z materiałów lekkich. 




Witold Szolginia: Architektura. Warszawa: Sigma NOT, 1992, s. 169. ISBN 83-85001-89-1

weranda (fr. véranda) – dobudówka, najczęściej drewniane lub murowane pomieszczenie, otwarte lub oszklone, przykryte dachem, umieszczone przed wejściem do budynku albo przy innej elewacji.
Weranda jest pomieszczeniem o funkcji wypoczynkowej, stawianym najczęściej przy budynkach mieszkalnych na terenach wiejskich i podmiejskich.




Loggia– wnęka w zewnętrznej płaszczyźnie budynku, otwarta na zewnątrz, oddzielona drzwiami i oknem od pomieszczeń wewnętrznych.
Loggia może być jedno- lub wielokondygnacyjna, otwarta lub zamknięta (przeszklona). 

Występowała w renesansie w budownictwie pałacowym (np. zamek na Wawelu, zamek w Peskowej Skale, pałac w Nawojowie Łużyckim, w Baranowie Sandomierskim). Najprawdopodobniej pierwsza tego typu realizacja znajduje się na zamku w Szydłowcu. We współczesnych budynkach, zazwyczaj tylko jednokondygnacyjna, spełnia funkcję balkonu.







Słownik terminologiczny sztuk pięknych, Wydawnictwo Naukowe PWN Warszawa 2002 Red. Krystyna Kubalska-Sulkiewicz
- str 434
weranda, drewniane lub murowane otwarte pomieszczenie, o charakterze przede wszystkim wypoczynkowym, czasem oszklone, poprzedzające gł. wejście do budynku lub znajdujące się przy innej elewacji, zwykle o charakterze dobudówki stosowano w domach podmiejskich, wiejskich, w budynkach kolonialnych itp.






- str. 232
loggia, pomieszczenie otwarte na zewnątrz, zwykle przesklepione, usytuowane zazwyczaj w elewacji budynku na całej jej szerokości lub na krótszym odcinku, na jego narożniku, na parterze lub piętrze, zamknięte kompozycyjne i nie będące ciągiem komunikacyjnym (...)




Style w architekturze, Wilfried Koch, Świat Książki,  2000 str 457
loggia, otwarte pomieszczenie na piętrze, znajdujące się w obrębie linii budowli (w odróżnieniu od wysuniętego przed lico balkonu).



P.S. Zapomniałam o ustawach:

Ustawa z dnia 21 czerwca 2001 r. o ochronie praw lokatorów, mieszkaniowym zasobie gminy i o zmianie Kodeksu cywilnego:
art. 2. 1. Ilekroć w ustawie jest mowa o: 7) powierzchni użytkowej lokalu – należy przez to rozumieć powierzchnię wszystkich pomieszczeń znajdujących się w lokalu, a w szczególności pokoi, kuchni, spiżarni, przedpokoi, alków, holi, korytarzy, łazienek oraz innych pomieszczeń służących mieszkalnym i gospodarczym potrzebom lokatora, bez względu na ich przeznaczenie i sposób używania; za powierzchnię użytkową lokalu nie uważa się powierzchni balkonów, tarasów i loggii, antresoli, szaf i schowków w ścianach, pralni, suszarni, wózkowni, strychów, piwnic i komórek przeznaczonych do przechowywania opału

Ustawa z dnia 2 lipca 1994 r. o najmie lokali mieszkalnych i dodatkach mieszkaniowych.
Art. 3.
Przez powierzchnię użytkową lokalu mieszkalnego rozumie się powierzchnię wszystkich pomieszczeń znajdujących się w lokalu, a w szczególności: pokoi, kuchni, spiżarni, przedpokoi, alków, holi, korytarzy, łazienek oraz innych pomieszczeń służących mieszkalnym i gospodarczym potrzebom najemcy, bez względu na ich przeznaczenie i sposób użytkowania; nie uważa się jednak za powierzchnię użytkową lokalu mieszkalnego powierzchni: balkonów, tarasów i loggii, antresoli, szaf i schowków w ścianach, pralni, suszarni, wózkowni, strychów, piwnic i komórek przeznaczonych na przechowywanie opału


P.S. 2
Moja loggia jest na pierwszym zdjęciu. 


Dziękuję wszystkim, którzy dotrwali do końca.

Pozdrawiam, Orka




niedziela, 13 kwietnia 2014

Serwetnik, skrzynka i doniczka

Jakiś czas temu zrobiłam spore zakupy w sklepie internetowym. Miałam w głowie tysiąc pomysłów, co i kiedy zrobię. Okazało się, że do takiego papieru nie mam farby, wzory na papierach nie bardzo pasują wielkością do drewnianych przedmiotów, czegoś tam nie zrobię, bo w sumie nie mam do czego wykorzystać...Stanęło na tym, że zrobiłam jedynie skrzyneczkę na kwiaty i serwetnik. No i doniczkę ze sklepu ze starociami. O serwetniku pisałam miesiąc temu przy okazji nieudanego transferu. W sumie nawet jestem zadowolona z efektów, chociaż przy pracach innych blogerek te moje wyglądają jakoś smutno. Nie mogę się jednak przekonać do spękań, nie mówiąc już i złoceniach czy reliefach. Może kiedyś...w końcu jeszcze kilka lat temu decoupage też mi się nie podobał :) 

Oto skrzyneczka, teoretycznie na kwiaty, chociaż na razie leży pod stołem w kuchni a ja nie mam kwiatów, które by do niej pasowały :)



Tu serwetnik, doprowadzony do przyzwoitego stanu po nieudanym transferze.


A tu doniczka, z której byłam naprawdę dumna. Doniczka niestety poszła w świat :) Zaniosłam ją do pracy, żeby przesadzić kwiaty i tak się spodobała koleżance, że ją oddałam. Koleżanka obiecała, że w zamian da mi storczyka, którego rozmnoży :)



To wszystko dzisiaj, nie dość, że rzadko tu zaglądam i mało piszę, to jeszcze niewiele robię w temacie wszelkich robótek. Moje przewspaniałe druty wymienne leżą od dawna odłogiem :)
Pozdrawiam wszystkich zaglądających!
Orka

niedziela, 2 marca 2014

Nieudany transfer

Kolejny raz przeklinam i twierdzę, że transfery nie są dla mnie...Miałam dziś pokazać pudełko na serwetki. Niestety chyba chciałam przedobrzyć :( Stwierdziłam, że na jasnym, miodowym tle róże wyglądają samotnie i postanowiłam kolejny raz podjąć próbę transferu. Kolejny raz skończyło się fiaskiem. Po poprzednich nieudanych próbach, gdy próbowałam przenosić wydruk bezpośrednio na farbę-tym razem ozdabianą powierzchnię zabezpieczyłam lakierem. Zamiast nitro, który poprzednio zniszczył mi warstwę farby a wzoru nie odbił, tym razem użyłam zwykłego zmywacza do paznokci z acetonem. Niestety cały papier rozpuścił się i przykleił do lakieru a kiedy próbowałam ten nieudany wzór zetrzeć-zeszła również warstwa lakieru i cała farba spod spodu, aż do gołego drewna! Jestem wściekła, muszę od nowa podmalować i zalakierować cały front pudełeczka. Nawet z tej złości nie chciało mi się robić zdjęć więc pokażę dopiero gotową pracę, jak  już doprowadzę wszystko do poprzedniego stanu.
A transferów już mi się chyba odechciało :(

czwartek, 6 lutego 2014

Butelki po oliwie

   Z wielkim trudem skończyłam butelki po oliwie. Z trudem-ponieważ nie mam gdzie pracować...Nie mam za bardzo gdzie się podziać ze śmierdzącymi klejami, farbami i lakierami, tak, żeby nie przeszkadzać rodzinie. Marzę o własnym domu z własną pracownią :) 







   Kilka dni temu byłam w ikei i kupiłam kilka metalowych osłonek na doniczki. Potraktowałam je już primerem a teraz czekają na lepsze czasy :) Chyba trzeba będzie poczekać do wiosny :)
   A w międzyczasie zrobiłam sobie nową parę ciepłych skarpet. Wełnę sama farbowałam, więc zakładanie tych skarpet bezpośrednio na gołe stopy nie było dobrym pomysłem! Od kilku dni nie mogę odmyć zielonkawego zafarbu ze skóry :)



   W sobotę wybrałam się z mężem na spacer nad Opływ Motławy. Tak wyglądałam podczas robienia zdjęć:


Pozdrawiam wszystkich czytelników i dziękuję za uwagę!
Do następnego wpisu :)


Orka


niedziela, 29 grudnia 2013

Panda i mięta

Po długiej przerwie znalazłam dziś chwilę, żeby sfotografować ostatnie drutowe dłubanki i zamieścić nowy post. Na pierwszy ogień czapka-panda, zrobiona na życzenie córki. Zużyłam ok. 110 g białej karismy (100% wełna) i ok. 25 g czarnego nepalu (65 % wełna, 35% alpaka) dropsa. Dziecko zadowolone i czapka od kilku dni w użyciu.




Pod koniec listopada skończyłam szal, który zaczęłam robić jeszcze w lipcu. Włóczka to wyjątkowo cienki merynos, z pojedynczej nici nie dało się robić, bo rwała się w rękach. Szal zrobiłam z podwójnej nitki a czapkę z potrójnej. Mimo tego zabiegu -jak widać szal z powodzeniem zdał test obrączki :) Z racji cienkości włóczki i wybranego ażuru-te dzierganki nadają się raczej na obecną gdańską zimę, której bliżej do wiosny :) Jak przyjdzie mróz, to niestety trzeba będzie zamotać się czymś mniej szykownym za to grubszym i cieplejszym!







Dostałam na gwiazdkę druty Knit Pro. Postanowiłam kupić druty i żyłki oddzielnie i zapłaciłam dużo mniej niż w gotowym zestawie. Doszłam do wniosku, że umieszczone w zestawie druty w połówkowych rozmiarach nie przydadzą mi się, a plastikowe etui budziło moje wątpliwości co do swojej wytrzymałości. Mam świetny przybornik na druty, który sama uszyłam, więc ten gotowy nie był mi potrzebny. Poza tym druty nr 4, 5 i 6 wybrałam sobie krótsze. Teraz jeszcze tylko komplet nowych drutów do skarpet i więcej niewiele mi będzie potrzebne do szczęścia :)

Dzieje się również troszkę w temacie dekupażu. Wybrałam się do sklepu z farbami po podkład (fix primer) do gładkich powierzchni. Na miejscu okazało się, że można kupić próbkę farby w dowolnie wybranym i na życzenie zmieszanym kolorze. Koszt takiej próbki to 19,5 zł za 0,35 litra. Nie mogłam nie skorzystać z okazji :). Farba jest dobrej jakości i bardzo gęsta,  właściwie można ją chyba było trochę rozcieńczyć. Pomalowałam już 3 butelki po oliwie. Teraz czekam aż wyschną a wieczorem będę oklejać. 

To wszystko na dzisiaj. Dziękuję, że tu zaglądacie.
Życzę wszystkim obserwatorom i gościom szczęśliwego, pełnego inspiracji i pomysłów Nowego Roku!

Orka


sobota, 28 września 2013

Doniczki, wieszaki i skrzynka

   Dwie większe doniczki, które zmajstrowała moja córka, doczekały się wreszcie polakierowania i sfotografowania, więc pokazuję. Najmniejszą doniczkę pokazywałam już na blogu ale dla porządku zamieszczam zdjęcie całego kompletu. Mała doniczka pomalowana została farbą w kolorze waniliowym, natomiast 2 większe -w kolorze różowym, dlatego różyczki z kremowej serwetki trochę się odznaczają. Obie farby to akryle do drewna z małego sklepu z farbami i pędzlami :D




Jak widać wzór różyczek jest jednym z naszych ulubionych, a oszczędność wyrazu świadczy o tym, że moja córka jest minimalistką :) 
    Ja zresztą również nie lubię nadmiaru ozdobnych elementów, dlatego moje wieszaki również prezentują się skromnie:



Ostatnią rzeczą jaką robiłam ostatnio i w dodatku skopałam dokumentnie jest ta piętrowa skrzynka na włóczkę. Nie wymyłam śladów kleju i pod lakierem w tym miejscu powstały okropne jasne plamy. No cóż, całe szczęście, że te pojemniki są przeznaczone wyłącznie do mojego użytku i cały czas będą stały gdzieś pod stołem!



Same drewniane skrzyneczki udało mi się dość tanio kupić w jednym z marketów budowlanych. Podczas malowania i oklejania pomagało mi dziecko :) Cieszę się, że załapało chociaż jeden z moich bakcyli :))))

A na razie to wszystko. Wielkimi krokami zbliża się zima, pora więc odejść od komputera i złapać za druty! 

Pozdrawiam wszystkich czytających.
Orka